![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
achtungbaby trzy kropki Pewnie wszyscy pamiętają, co roboli w sobotę rano, kiedy gruchnęła wiadomość o katastrofie samolotu. Ja przywitałam ją dosyć brzydką wiązanką i stwierdzeniem, że to musi być jakiś żart. Dopiero później to do mnie trafiło. Ale nie o tym będzie. Będzie o hipokryzji i jakiejś zbiorowej histerii, w którą wpadły miliony Polaków. Ta narodowa skłonność do przesady w patosie po prostu mnie przeraża. Teraz pojawiają się głosy, żeby to i owo nazywać imieniem tego, czy innego tragicznie zmarłego. Co się będziemy bawić w nazywanie Stadionu Narodowego imieniem Lecha Kaczyńskiego, to tylko stadion. Zmieńmy od razu nazwę stolicy, albo lepiej- nazwę kraju, w którym mieszkamy! Nie uważam się za osobę bezduszną, jest mi bardzo przykro, że tak się stało. Ale nie jestem również hipokrytką i nie wylewam wiader łez po ludziach, których miałam prawo nie lubić (i przyznaję się do tego otwarcie). Żal mi ich rodzin, ale nie piszę, że łączę się w bólu, bo głupotą byłoby stwierdzenie, że odczuwam taki sam ból jak oni, albo (kolejny wyświechtany zwrot): "rozumiem, co czują". No litości. Ani nigdy tego nie zrozumiem, ani nie połączę się z nimi w bólu, bo najzwyczajniej w świecie nie znałam żadnego z tych ludzi osobiście, więc również nie byłam z nimi związana emocjonalnie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jaki koszmar przeżywają te rodziny. A widzę całą masę jakiś absurdalnych zachowań ludzi, którzy do niedawna wieszali psy i wyrażali się (delikatnie mowiąc) dosyć niepochlebnie o zmarłych, a teraz są świętsi od naświętszych świętych i płaczą w pierwszym rzędzie pod Pałacem Prezydenckim. Widzę (a raczej słyszę) jakiegoś durnego księdza, który zastanawia się, czemu samolot nie walnął w ziemię w środę (07.04) i dodaje, że nie będzie zgody pomiędzy lewicą a prawicą. Czy ktoś mi może powiedzieć JAK TAK MOŻNA?? Nie chodzę do kościoła, nie twierdzę, że Boga nie ma, ale często raczej wątpię w tę całą szopkę nazywaną "wiarą", "religią" i tak dalej, ale, do cholery, nie życzę nikomu śmierci, ani nie odgrywam świętoszka. Ludzie się nie zmieniają, więc i cały naród nie może się zmienić. Za tydzień będzie znowu to samo, znowu ludzie zapomną o przyżeczeniach, które składali tuż po katastrofie. Pan Iksiński zapomni, że przed trumną prezydenta obiecał więcej nie pić i nie bić żony, za tydzień znowu z flaszką w ręku będzie tłukł panią Iksińską. Pani Kowalska zapomni, że obiecała (zapalając znicz), że więcej nie będzie obgadywać sąsiadów i życzyć im źle, za dwa tygodnie znowu położy poduszkę na oknie i będzie uważnie śledzić losy mieszkańców bloku i sprzedawać zmyślone informacje na ich temat innym sąsiadkom (mając zupełnie w nosie fakt, że może kogoś skrzywdzić). Może i mam zbyt pesymistyczne podejście do tematu. Może i powinnam być pełna nadziei, że jednak ludzie się zmienią. Ale wolę się nie oszukiwać. Życie nauczyło mnie, że jeśli ktoś ma wąskie horyzonty i nie rozwija się w jakiś sposób (może lepiej pasowałoby tu słowo "ewoluuje"), to i w wieku 30, 40 czy 50 lat będzie zachowywać się tak samo głupio i nie będzie uczyć się na własnych błędach. I dalej nie będzie wierzył ludziom, którzy będą mówić, że ogień parzy, tylko wsadzi po raz 10 łapę w ognisko i po raz 10 się oparzy. 2010-04-14 09:45:47 skomentuj (2) praca Siedzę w pracy w ręczniku na głowie, słucham tego na co mam ochotę, robię sobie przerwy na papierosa kiedy mi wygodnie i mam kota na kolanach;] 2009-04-06 12:30:37 skomentuj (2) abcd Z rzeczy przyziemnych: od miesiąca jestem mgr inż. architekt krajobrazu. Zajebiście;] Pierwsze zlecenie, na spółkę z E., co chwilę ogarnia mnie strach, że podwinie nam się noga. Byłoby głupio, bo nie zawsze trafia się coś TAKIEGO. (za pierwszą wypłatę kupię sobie obrzydliwie drogą torebkę*, albo dodam z 40KM do Srebrnej Strzały- 150 jest ładniejszą liczbą;]). Z rzeczy równie przyziemnych: "fajnie wyszłaś na zdjęciu, może znajdziesz chwilę na kawę?". No pewnie, co rano znajduję chwilę na kawę, w zajebistym towarzystwie mojej własnej osoby i książki- bezcenne;] Zastanawiają mnie dwie rzeczy: jak dobrze trzeba myśleć o sobie, lub jak bardzo trzeba być głupim, żeby zadać komuś tak sformułowane pytanie? Czas przeznaczony na refleksje z tym związane skończył się po naciśnięciu krzyżyka z podpisem: "usuń". No. Wszystko idzie zgodnie z planem (odpukać) i jest dobrze:) :* *z tą torebką to żartowałam;] 2008-08-22 11:32:39 skomentuj (1) xyz Niektórym jednak nie życzę specjalnie dobrze. Jak ktoś robi świństwo drugiej osobie, to po co ma liczyć na taryfę ulgową? Że niby lubię takiego człowieka? No i co z tego, ale tego, któremu ten wyrządził krzywdę, lubię jeszcze bardziej. Więc życzę mu, aby bardzo pożałował durnej decyzji i wreszcie zrozumiał, że przez życie nie da się przejść nie dotykając takich głupot jak rachunki, brak wody, zepsute okno, czy stłuczona szklanka. 2008-06-21 20:17:14 skomentuj (4) :O Wielkie O! Chwilę temu zostałam zmieszana z błotem. Przez kogo? A, nie wypada mówić, z resztą, jak niektórzy może zauważyli nie używam imion. Ani osób, które lubię, ani tych które chcę obsmarować. Po prostu nie wypada. Otóż, powodem ataku na moją osobę, była notka, którą popełniłam jakiś czas temu. Napisałam kilka dosyć niepochlebnych zdań o owej osobie. W związku z panującą w tym kraju demokracją mam prawo do tego, aby móc wypowiadać się nawet niepochlebnie o kim sobie tylko zamarzę, pod warunkiem, że nie nazywam nikogo "skurwielem", "suką", etc. Jako zwolenniczka demokracji korzystam z tego prawa. W związku z tamtą notką, zostałam nazwana: "złą dziewczyną", "prostym człowiekiem", "zakłamaną egoistką" i tym podobnymi. Cóż, cieszy mnie, że to co sobie tutaj wypisuję, budzi takie emocje. Oznacza to jedynie, że tkwi w tym sporo prawdy. Bo w końcu, gdybym zamieściła w tamtym tekście wierutne bzdury, to dana osoba mogłaby po prostu machnąć ręką i powiedzieć sobie w duchu: "a niech sobie małpa pisze, skoro nie ma nic lepszego do roboty". Cóż, prawda nie zawsze jest miła. W ogóle nie wszyscy są mili, więc czemu ja mam kłaść uszy po sobie i grzecznie zachowywać niektóre przemyślenia dla siebie? To zdecydowanie nie jest cechą mojego usposobienia. Osoby, z którymi mam do czynienia na co dzień, wiedzą, że tak komentuję rzeczywistość. Jedyne, czego się nie dopuszczę pisząc na forum, było nie było publicznym, to pisanie o najbardziej prywatnych i intymnych aspektach życia mojego i moich przyjaciół. Nie oszukujmy się, spotkanie z byłym facetem po dwóch latach od zerwania i skomentowanie tego NIE JEST sprawą intymną. (Ups, wygadałam się i znowu będzie awantura). Jeśli to ja przeczytałabym coś takiego na swój temat, to oznaczałoby dla mnie wykonanie trzech czynności: telefon do D. albo G. (bo nie ma to, jak babskie obgadanie sprawy), później oczywiście wygadanie się M. (bo nie ma to jak damsko- męska ocena sytuacji, dwie pierwsze czynności w kolejności wymiennej) trzecią natomiast byłoby zastanowienie się czy może ta druga osoba nie ma racji, że może rzeczywiście tak jestem odbierana przez innych. W ten zestaw NIE WCHODZI natomiast czynność pt: "telefon/sms/lub cokolwiek do winowajcy" i zachowywanie się jak niewyżyta nastolatka. Owszem, byłabym pewnie zła, byłoby mi przykro, ale prędzej zjadłabym własny język, niż pokazała tamtej osobie, że mnie to w ogóle obeszło. Gdyby sprawa została rozwiązana tak: "słuchaj, to co tam sobie przeczytałam/przeczytałem uraziło mnie, jest mi przykro, że tak mnie postrzegasz". Komunikat jasny i prosty w odbiorze, na który mogę odpowiedzieć (chowając dumę do kieszeni): "to ja w takim razie cię przepraszam, tak wygląda moje zdanie na ten temat, ale możemy się umówić, że to skasuję". Nie poddam się głupim, nic nie wnoszącym atakom i poradom, abym poszła na leczenie (leczenie czego?). Życie uczy mnie, że większość sytuacji można rozwiązać tak, aby osiągnąć swój cel nie robiąc przy tym dzikiej awantury. Broń z ręki bardzo łatwo wytrąca się spokojnym podejściem do sprawy. A mnie niezmiernie bawi i cieszy, jak ktoś sam mi wkłada oręż w dłoń i nadstawia się mówiąc "przyłóż mi jeszcze tutaj, bo tu będzie bardziej boleć". I nie jest to niezwykle nietypowa cecha. Większość ludzi ją ma, tylko 3/4 nawet nie chce się do tego przyznawać, bo próbują udawać ludzi bez skazy. No, musiałam to napisać w odpowiedzi na psychiczne, histeryczne i nieadekwatne reakcje niektórych przedstawicieli gatunku Homo sapiens. 2008-04-03 00:49:06 skomentuj (3) Targowisko PRURZNOśCI Po raz kolejny nie mogę wyjść z podziwu, po raz kolejny zbieram szczękę wraz z uzębieniem z podłogi. Czemu? Otóż... (chwila napięcia;]) wybory Miss Polski na gronie. Cudowna sprawa, powiedziałabym, że wręcz fascynująca. Otwieram pierwszą z brzegu miniaturkę. Dziewoja owszem, ładna i ładnie się uśmiecha, nawet ma profesjonalne zdjęcia. Ale jest haczyk, który nazywa się "o mnie". I tu zaczynają się schody. Czytam: "Róża... sucha, wyblakła, wołająca o pomoc. Klnie wszystko dookoła na piękno swe, na młodość swoją...", dalej jest już tylko gorzej. Róża mówi i milczy, płacze, ale nie płacze, a czas biegnie i wszystko jest niczym. Na końcu zdanie, które wyjaśnia wszystko: "Fragment książki mojego autorstwa". Człowiek, który to wyda, będzie smażyć się w piekle obok największych grzeszników, a człowiek, który będzie w stanie przebrnąć przez tę grafomanię i nie palnie sobie w łeb, stanie się kimś na miarę superbohatera. Kolejna miniaturka. Myślę sobie, że to chyba jakiś żart. Stworzenie brzydkie jak noc listopadowa pręży się dumnie na tle otwartej szafy, w której (delikatnie mówiąc) jest bałagan. W opisie oczywiście podkreśla, że jest wredna i złośliwa i w ogóle taka straszna, że hoho. Next. Patrzę i własnym oczom nie wierzę. Odświeżam stronę, ale to co zobaczyłam na początku, wygląda zupełnie tak samo. Że (mój ulubiony) dziubek to nic. Że białe kozaczki, to zdzierżę, naprawdę. Ale twarzy jak przechodzona tirówka, durnej miny, tandetnego makijażu, solarium siedem razy w tygodniu i notki o tym jaką wredną i hardą (!) suką jest to już nie. (aż muszę dodać linka: http://grono.net/pub/miss/candidate/1631753/?page=2). Może jestem jakaś niedzisiejsza. Może nie znam się na obecnych kanonach piękna. Ale LITOśCI!!! 3/4 kandydatek do zostania miss miało chyba oczy na dupie i mózg w stadium silnego zaniku, jak zamieszczało swoje zdjęcia. Kolejnej inspiracji nie musiałam szukać daleko. Ot, wystarczyło, żebym porozmawiała z G. o przypadku koleżanki X. Owa koleżanka ma tak spaczony obraz rzeczywistości, że wymyśliła sobie, że zostanie profesjonalną tancerką występującą w warszawskich klubach za grube pieniądze. Ale zacznijmy od początku. X. należy do kategorii osób, które nie grzeszą urodą, a wręcz przeciwnie (ale to jeszcze nic), charyzmy posiada tyle co kot napłakał (ba, przy niej byle chomik jest duszą towarzystwa), a umiejętności taneczne w skali od 1 do 10 można ocenić najwyżej na 4,5, ponieważ tańczy mniej niż rok i do tej pory żadna instruktorka jakoś nie zwróciła uwagi na jej niebywały (podobno) talent. Ale ona uwaza, że jest najlepsza, a jak nie najlepsza, to przynajmniej bardzo dobra i porywa się z motyką na słońce, kiedy nie jest w stanie nawet podnieść tej przysłowiowej motyki. Sprawę koleżanki X. pozostawię bez dalszego komentarza, bo dalej nie jestem w stanie zrozumieć jej oderwania od rzeczywistości i ogólnie bycia "urwaną z choinki". Nie wszyscy muszą być ładni, fajni i w ogóle zajebiście popularni. Świat jest skonstruowany tak, że przytłaczająca większość ludzi jest po prostu przeciętna i koniec. Nie wszyscy są obdarzeni urodą i inteligencją, nie wszyscy mają "do czegoś" talent. Trzeba się pogodzić z faktem, że nie każdy będzie sławny, lubiany i w ogóle podziwiany. Musi istnieć cała zgraja mniej lub bardziej błyskotliwych szaraków, żeby można było docenić tych, którzy naprawdę się wybijają ponad przeciętność. Tylko co z tego? Teraz jest tak, że co najmniej co 3 osoba (zwłaszcza płci żeńskiej) pragnie być znana. Ale poza tym całym parciem na szkło nie ma KOMPLETNIE NIC do zaoferowania ludziom. Mnożą się takie Paris Hilton bez opamiętania. Tylko powiedzmy sobie szczerze, może i Hilton ma mentalność kalafiora (ewentualnie rzodkiewki), nie umie w ogóle śpiewać, aktorką jest najgorszą na świecie i na dodatek nie jest specjalną pięknością, ale ma jedno: pieniądze, więc może sobie pozwolić na takie robienie z siebie debila, bo ma za co pajacować. Reszta pretendentek do bycia znaną dla bycia znaną pieniędzy nie ma, a mimo to są tak zdesperowane, żeby ktoś je zauważył, że inteligentnemu człowiekowi się to w głowie nie mieści. Inteligentny człowiek najpierw zastanowi się co ma do zaoferowania ludziom, na jakim poziomie i czy to jest w ogóle warte pchania się na afisz, a dopiero później spróbuje. Nie ma prostszego sposobu, żeby uniknąć bezsensownych upokorzeń i przykrości. 2008-04-01 01:56:56 skomentuj (3) Minóg Do napisania tej notki zainspiwowała mnie inna notka, pani A.;] Minóg- według encyklopedii, należy do rzędu bezżuchwowców (jakie piękne słowo), ma walcowate, pozbawione łusek ciało. Zwierzę drapieżne i półpasożytnicze, pożera bezgręgowce i ryby przysysając się do ich ciała (...). To urocze zwierzątko ma wiele wspólnego z pewnym konkretnym zachowaniem wśród przedstawicieli ludzkich płci obojga. Gdy któreś z nich wejdzie w fazę pt.: "zwązek". Kończy się wszelkie "ja", zaczyna się wszechogarniające "my". "My z moim kochaniem lubimy...", "my z moim pączuszkiem zbieramy...", "my z moją krówcią razem myjemy zęby". I tak bez przerwy. Przepraszam, czy to również oznacza, że potrzeby fizjologiczne również załatwiają synchronicznie? Tu nasuwa się kwestia logistyczna (wybaczcie raczej mało taktowne rozważania, ale nie mogłam się powstrzymać;]): jak robić we dwójkę kupę do jednego kibla? Taki człowiek traci wszelkie poczucie rzeczywistości i próbuje stać się tą drugą osobą. Pół biedy, jak współpartner też ma podobną mentalność, wtedy są nieznośni jako para tylko dla otoczenia. Gorzej, jak jedno w związku próbuje pozbawić osobowości indywidualnej to drugie i próbuje ją zadusić. Druga (normalna) osoba ma przed sobą ciężkie wyzwanie: albo będzie próbował(a) wytrwać, albo zmienić postępowanie minoga, albo rzucić ją (jego) w cholerę i przestać się zamartwiać. Tak jak A. nie jestem w stanie pojąć jak można twierdzić, że związek zachowujący autonomię tej drugiej osoby, nie jest związkiem. Bo co? Bo jak się nie założy (brzydko mówiąc) smyczy i kagańca i nie zamknie w klatce to związek jest nieważny, albo ta druga osoba zaraz nam wykręci jakiś numer? Jak się nie będzie miało w 100% takich samych zainteresowań jak nasz wybranek lub wybranka to znaczy, że taki związek długo nie przetrwa? Bo jak ta druga osoba spotka się ze swoimi znajomymi (czytaj: będzie śmiała wyjść bez minoga!), to na pewno skończy się zdradą? A gdzie szacunek? A gdzie wiara w drugiego człowieka? Pewnie, fajnie mieć wspólne zainteresowania, ale to nie znaczy, że zapalona polonistka i humanistka musi rzucić Mickiewicza na rzecz fizyki kwantowej, którą zajmuje się jej facet i jeszcze udawać, że ją to fascynuje, choćby miała usypiać nad każdą stroną podręcznika z tej dziedziny. Pojęcie wcześniej wspomnianej "smyczy" ogólnie mnie brzydzi. Sprowadza drugiego człowieka do poziomu psa (do których ABSOLUTNIE NIC nie mam, bo sama mam jednego), który ma chodzić przy nodze i szczekać na zawołanie. Tylko w przeciwieństwie do psów, człowiek w obliczu coraz większych rygorów, zakazów, nakazów i groźnych min, zacznie kombinować jak się od nich uwolnić. Proste? Proste. Jak konstrukcja cepa. Dla niektórych dalej nie do ogarnięcia rozumkiem. 2008-01-12 17:26:05 skomentuj (3) :) "Powszechny brak zrozumienia dla (...) prostych wniosków, jakie podsuwa nam współczesna nauka zdaje się jednak przeczyć przekonaniu, że jesteśmy w swojej masie gatunkiem myślącym." Święte słowa. (i takie rzeczy piszą w książce o kształtowaniu krajobrazu;]) 2007-12-27 16:13:18 skomentuj (0) o! Ojej, kiedy blog.pl zmienił swoją stronę? Ale dziwnie. Kurde;] Dobra, whatever. Tydzień "Skurwysyna" zakończony, dawno nie miałam tak absurdalnie seryjnego i durnego pecha. Spóźniałam się, psułam komputery, wywaliłam się na schodach, woziłam kota do weterynarza i w ogóle o mało co nie zamknęli mnie w jakimś zakładzie dla obłąkanych jak w piątek dowiedziałam się, że jeszcze jedna osoba poza mną piszę pracę mgr o TAKIM SAMYM tytule i O TYM SAMYM miejscu, tylko u innego promotora. Dobrze, że chociaż od strony towarzyskiej nie miałam na co narzekać;] Dziękuję;* Hm, chociaż było jedno "ale". Spotkanie z przeszłością. Górnolotnie powiedziane. Spotkanie na dwa soczki i jedną głupią rozmowę. Ja siedziałam jak na szpilkach i dziękowałam Sile Wyższej za to, że sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Druga strona potwierdziła moje wszystkie wcześniejsze oceny, jak również potwierdziła to, że sama nie umie oceniać innych. Pokazała, że nadal jest jedną, wielką chodzącą katastrofą, problemem i dramatem, a ja byłam jeszcze bardziej wdzięczna Temu, tam na górze, że mnie to już nie dotyczy. Dlatego teraz dziękuję raz jeszcze, bo wiem, że może być zupełnie inaczej. Że mogę się czegoś nauczyć od tej drugiej osoby i na niej polegać, że mogę mieć chwile słabości i wiem, że nic się przez to nie zawali, że nie muszę wiecznie udawać niezniszczalnej, że mogę wreszcie spokojnie się wszystkim cieszyć i nie zniszczy tego niczyje dziecinne zachowanie. Wielka ulga, spokój ducha i szczęście. Refleksja jeszcze z końca listopada: gdybym była czyimś dziadkiem (mało prawdopodobne), albo babcią (no, to już raczej bardziej wykonalne), to podejrzewam (ba, jestem święcie przekonana), że wiedziałabym kiedy moja wnuczka albo wnuk ma urodziny i które. Byłam święcie przekonana, że mój dziadek wie takie rzeczy. Otóż nie. Był przekonany, że w listopadzie obchodziłam nie urodziny, tylko imieniny. Najwidoczniej między jedną a drugą okazją nie ma specjalnie dużej różnicy. Cóż, najwidoczniej jestem małostkowa, bo to mnie uraziło. A! Byłabym zapomniała. W związku z działalnością z Klubie Absurdu, ja i dwie pozostałe jego Członkinie wychodzimy z założenia, że ze wszystkiego można zrobić cyrk. W związku z tym robimy dziesięciominutowy układ belly dance, którego piosenką końcową będzie "Szuja" z Kabaretu Starszych Panów, a każda z nas będzie robiła coś durnego: D. będzie mimem, G. będzie żonglować, a mnie pozostało zakładanie sobie nogi na głowę. I będzie to coś, czego widzowie nie zapomną do końca życia. Tylko trzeba nabyć trochę wiader ze sztuczną krwią. ;] 2007-12-17 14:49:33 skomentuj (3) leń Czego to człowiek nie zrobi, żeby tylko nie zabrać się za to, za co prędzej czy później musi się zabrać. Zrobiłam idealny porządek w szafkach, porządek w komputerowej muzyce, pojechałam na przegląd samochodu, posprzątałam akwarium i zrobiłam jeszcze kilka "Szalenie Ważnych i Nie Cierpiących Zwłoki Rzeczy". Teraz nie mam już nic do zrobienia i siedzę nad jakimś cholernym Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego, dla równie cholernej Rawy Mazowieckiej (no proszę wybaczyć, ale co ma mnie tam interesować?). Powinnam się zamknąć w pomieszczeniu bez bodźców zewnętrznych, żeby nie znajdować sobie coraz to nowych, ciekawszych zajęć. Ojejku, kurka wodna, cholera, kurde, kurwa. 2007-12-10 16:11:07 skomentuj (0) |